Szlak rowerowy - Sandomierz - Opatów
Przebieg szlaku - Sandomierz - Chwałki - Radoszki - Dacharzów - Zagrody - Pęczyny - Dobrocice - Pielaszów - Męczenice - Malice Kościelne -Nikisiałka Mała - Karwów - Wąworków - Opatów (34,1 km)
Szlak oznaczony kolorem żółtym, prowadzi urokliwą doliną Opatówki po drogach o małym natężeniu ruchu. Na trasie zobaczymy m.in. ruiny zamków w Międzygórzu, Tudorowie kolegiatę z XII w. oraz podziemną trasę turystyczną w Opatowie.


Rowerowy Szlak Architektury Obronnej
(fragment na terenie Gminy Opatów)
Przebieg szlaku - Międzygórz - Tudorów - Okalina - Opatów (ul. Cegielniana - ul. Partyzantów - ul. Sienkiewicza - ul. 1 Maja - ul. Mickiewicza - ul. Żeromskiego - ul. Lipowska) - Lipowa - wieś Podole - Ptkanów - Rosochy - Przeuszyn
Oznaczony kolorem czarnym.


Rowerowy Szlak Architektury Obronnej w województwie świętokrzyskim ma swój początek w mieście Końskie, a kończy się w Kielcach. Jego długość to blisko 500 km. Ze względu na odcinki wspólnego przebiegu ze szlakiem czarnym w okolicach Sandomierza i Opatowa, na znakach szlaku czarnego domalowano nad rowerem logo Szlaku Architektury Obronnej - zarys zamku (na odcinku od Iwanisk do Opatowa). Najciekawsze zabytki tego szlaku na terenie gminy znajdują się w Opatowie, Tudorowie i Ptkanowie


Transwojewódzki Szlak Rowerowy Berlin - Lwów
(fragment na terenie Gminy Opatów)
Ujazd - Iwaniska - Tęcza - Planta - Sobiekurów - Wymysłów - Józefów Strzyżowice - Czerników Karski - Czerników Opatowski - Opatów (ul. Partyzantów - ul. Szeroka - ul. Słowackiego - ul. 16 Stycznia - ul. Kościuszki - ul. Szpitalna - ul. Mickiewicza - ul. Ćmielowska - ul. Lipowska) - Lipowa - Podole - Małoszyce (27 km)


Szlak oznaczony kolorem niebieskim w przeważającej części prowadzi przez tereny zielone z niedużą ilością zabudowań oraz małym natężeniem ruchu.

Przy ognisku na samym skraju Łysej Góry siedziały opatowskie czarownice. Było ich cztery: Liguta, Wekselda, Gandwana i Chwiałka. Wszystkie rude, zielonookie, zezowate i rozkrzyczane ponad miarę. Radziły coś wymachując rękami i potrząsając rozczochranymi włosami. Dookoła paliło się wiele ognisk, przy których siedziały przybyłe na sabat czarownice wraz z ich czarcimi kamratami, ale one czekały na swojego kompana - diabła Gunbolta. Przybył wreszcie wyłaniając się z głębi ziemi, która przed chwilą otwarła swoje czeluście. Gunbolt był to potężny diabeł ubrany w długi surdut zdobny w złocone guziki. Diabeł miał muskularne cielsko, długą kozią twarz zdobną zakrzywionymi rogami, krowi ogon wystający spod surduta sprytnie włożył za cholewę prawego buta. Kłaniali mu się wszyscy dookoła z wielką czołobitnością. Czarownice dopadły go uśmiechając się, poprowadziły do ogniska, gdzie czekało go umoszczone siedzisko i piekły się całe stosy żab. Diabeł kiedy już podżarł zdrowo, sapnął i potoczył wokoło wyłupiastymi ślepiami. No co tam u was słychać - zagadnął po chwili. Czarownice jedna przed drugą zaczęły opowiadać, a skarżyć się na ciężkie czasy. Ale najważniejsze zostawiły na koniec. Otóż najbardziej dla nich nienawistna była kolegiata opatowska, a zwłaszcza jej strzeliste wieże. Niejeden raz lecąc na miotłach w noce bezksiężycowe, rozbijały się o jej potężne kopuły, tłukąc się nieznośnie, a Liszka przy okazji wybiła sobie także dwa ostatnie zęby. Poczęły tedy kumotra prosić: zmiećże tę przeklętą kolegiatę raz na zawsze, niech więcej na ziemi nie stoi.

Diabeł zadumał się srodze. Sprawa była nieprosta. Trzeba by było porwać głaz duży a ciężki z Gór Świętokrzyskich, do Opatowa dolecieć i na kolegiatę spuścić. Nie bardzo mu się to uśmiechało, skrzywił się wiec tęgo. Ale wiedźmy jak to baby, nuż diabła przekonywać. I póty go nudziły, aż się diablisko zgodziło. Porwał tedy Gunbolt ciężki głaz górski, rozwinął nietoperzowe skrzydła i począł lecieć w stronę Opatowa. Zrazu leciało mu się dobrze wysoko i lekko. Ale im dalej, tym bardziej głaz mu ciążył i począł mu się wyślizgiwać. Diabeł oddychał coraz ciężej i leciał coraz niżej. Na dodatek wiedział, iż musi do Opatowa dolecieć przed świtem, bo potem moc czartowska nie działa. A noce czerwcowe są przecież krótkie. Poderwał się więc ostatkiem sił do góry i wtedy zobaczył strzeliste wieże opatowskiej kolegiaty. Ucieszył się niezmiernie - już był blisko. Ale na dole w pod opatowskiej wsi na dach kurnika wytoczył się kogut.

Zawsze sprawdzał, czy już świta i czy nie trzeba budzić ze snu rozmamłanych i bałaganiarskich kur. Spojrzał więc w lewo, spojrzał w prawo, dostrzegł pierwsze promyki świtu i rozgłośnie zapiał. W diabła jakby grom uderzył, wypuścił co prędzej głaz z rąk i uciekł w czeluście piekielne, a głaz z głośnym pluskiem spadł na pod opatowskie łąki między kościołem i klasztorem oo Bernardynów a Kolegiatą. I leży tam do dziś, a miejscowi zowią go diabelskim lub czarcim kamieniem.

Waldemar Węglewicz,

przewodnik opatowski

Legenda mówi, iż był to człowiek bogobojny i pracowity. Gdy kanclerz Szydłowiecki objął we władanie Opatów, sprowadził go natychmiast i polecił założenie miejskich wodociągów jednocześnie zastrzegł, że zapłata będzie zależała od jakości wykonanej pracy. Legenda głosi, że Morawa musiał na kilka dni wyjechać z Opatowa i jeden z odcinków został wykonany opieszale i niestarannie, winę ponosili miejscowi robotnicy. Gdy prace dobiegały już końca, na feralnym odcinku doszło do poważnej awarii, kanclerz obarczył odpowiedzialnością Morawę i znacznie zmniejszył jego zapłatę.

Ten zaś, uniesiony honorem, włożył na siebie długi wór pokutny, wszedł do kolegiaty i na oczach zebranego ludu powiedział: Bóg mi świadkiem, że niesłusznie zostałem skrzywdzony. Dlatego rzucam klątwę na to miasto. Na wieki wieków będą się tu walić ulice i będzie dochodzić do awarii wodociągów.

Minęły wieki, a klątwa trwa nadal i wciąż w mieście dochodzi do awarii sieci wodociągowej.

("Głos Opatowa" 1994)

Na początku XIX w. postrachem okolic Opatowa był Jan Bogusławski, syn mieszczański, urodzony w Łagowie. Odznaczał się inteligencją i odwagą. Służył kiedyś w legionie Dąbrowskiego, ale za grabież został oddany pod sąd wojenny. Udało mu się uciec. Zaszył się w Górach Świętokrzyskich i wkrótce zasłynął jako herszt licznej i bitnej bandy. Na wieść o wyprawie przygotowywanej przeciw niemu przez kompanię piechoty, urządził zasadzkę w wąwozie w pobliżu Jeleniowskiej Góry. Wszyscy zbóje dzień i noc pracowali: jedni wykopywali ogromne kamienie i układali je na wysokich brzegach wąwozu, inni ścinali potężne drzewo. Zuchwały herszt nie myślał o poprzestaniu na obronie - postanowił napaść na Opatów. W wąwozie zostawił tylko połowę swojej bandy, a na czele reszty - o tej samej porze, gdy wojsko wyruszało przeciw niemu z Opatowa - zaatakował miasto. Zbóje przebrali się w siermięgi chłopskie i o północy napadli na koszary. Położyli trupem kilku żołnierzy i ukradli kasę wojskową. Porwali również rajcę miejskiego, który czynnie pomagał wojsku w wyprawie przeciw zbójom. Kiedy rajcę wyciągnięto z pościeli, jego żona padła na kolana przed Bogusławskim, błagając go o litość dla męża. Herszt obiecał jej, że jeśli za dwa tygodnie na jarmarku w Iłży wręczy sto dukatów człowiekowi, który zaproponuje jej kupno konia, to rajca wróci wolny do domu. Kobieta wypełniła polecenie zbója i małżonek rzeczywiście wrócił cały i zdrowy. W tym samym czasie, kiedy herszt grasował w miasteczku, w wąwozie pod Górą Jeleniowską rozgrywała się krwawa potyczka. Zbóje zaczekali, aż cały oddział wojska znalazł się w wąwozie, a wtedy zaczęli zrzucać olbrzymie głazy i zwalać bale drewna. Podobno około dziesięciu żołnierzy poniosło śmierć, a drugie tyle odniosło rany. Zwycięstwo rozzuchwaliło zbójów, herszt jednak obawiał się odwetu i postępował bardzo ostrożnie. Mimo to w ciągu niespełna dwóch miesięcy pochwycono wielu opryszków i powieszono na rynku w Opatowie. Tylko Bogusławskiego, choć wyznaczono znaczną nagrodę za jego głowę, nie zdołano ująć. Zniknął bez śladu. Radość miejscowej ludności nie trwała jednak długo. Nie minęły dwa lata, gdy w okolicy Gór Świętokrzyskich pojawił się znów Bogusławski, jak zawsze budząc grozę i napadami przypominając wszystkim, że żyje...

baner sipws1

75 ROCZNICA POWSTANIA PAŃSTWA POLSKIEGO