Drukuj

W zabytkowym Opatowie, na wzgórzu za rzeczką Opatówką stoi stary kościół i klasztor bernardyński. Budynek wraz z sadem, podwórzem i cmentarzem kościelnym otacza mur ze śladami otworów strzelniczych. W mogiłach i w krypcie grobowej spoczywa wielu zakonników bernardyńskiego klasztoru, a wśród nich Karol Lezieniewicz, kaznodzieja, teolog i gwardian, zmarły w 1706 r. Lessowa ziemia, na której leży miasto, zasuszyła zwłoki zmarłego tak, jakby były zabalsamowane. Ludzie opowiadali, że Lezieniewicz jednym przeżegnaniem ugasił pożar, który wybuchł w klasztorze. A w kilka lat po jego śmierci, gdy zgromadzeni na chórze zakonnicy śpiewali niedbale, mocno fałszując, rozległ się ponoć w kościele huk, pochodzący z podziemi klasztoru. Okazało się, że to wieko trumny Lezieniewicza spadło, a podniesiona ręka gwardiana groziła zakonnikom. Mimo starań nie można jej było ponownie ułożyć na piersiach zmarłego. Grożąca chórzystom ręka pozostawała uniesiona dotąd, aż przełożony klasztoru nie zaklął zmarłego na posłuszeństwo zakonne. Od tego wydarzenia śpiewne modły braci zakonnej brzmiały znacznie poprawniej.